Można powoli powiedzieć, że święta się skończyły. Owszem, nie mogę narzekać. Nie było źle, chociaż atmosfery Bożego Narodzenia nie czułem za mocno. Było rodzinnie, czyli tak, jak zawsze. Prawie zawsze. Ale to akurat kwestia czasu i przeróżnych zmian.
Mikołaj pod choinkę podarował mojej rodzinie grę Scrabble (po polsku Literaki). I parę rundek się się zagrało. Fajna gra. Raz nawet w EuroBussiness zaczęliśmy, ale doszło w pewnym momencie do pomyłki (na moją niekorzyść, bo musiałem sprzedać swoje 6 domów w Szwecji oraz jedno z miast), ale i tak było fajnie.
Właśnie po raz drugi obejrzałem film Sala samobójców. Emocje identyczne jak w kinie. Tylko że w kinie prócz mnie były jeszcze 4 osoby, a teraz oglądałem sam na ekranie swojego komputera.
W sumie to powinienem napisać w końcu obiecany, drugi post o tym filmie, ale chyba to nie ma większego sensu. I tak każdy go rozumie po swojemu - jedno powierzchownie, inni widząc nieistniejące dno wydarzeń, jakie tam miały miejsce. Ale podpowiem, na czym należy się skupić - relacje między rodzicami głównego bohatera.
poniedziałek, 26 grudnia 2011
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Taki sobie poniedziałek
Orkiestra złożona z budzików i przypomnień oznajmiła mi z rana, że się do urzędu miejskiego chcę pofatygować. Cóż, trzeba. Szkoda, że tak późno. A miałem to zrobić pod koniec września. Jakoś tak czas przeminął i wiele różnych spraw, że po prostu... się opóźniło.
Oczywiście stałem, toaletowe czynności wykonałem, nawet śniadanko zjadłem sobie spokojnie. Nawet się udało laptopa wziąć, chociaż, jak się potem okazało, był zbędny.
Połączenia autobusowe potem omówię, a teraz przejdę do sedna. Otóż do urzędu miejskiego się dostałem, nieco po piętrach polatałem, bo budynek cholernie dziwacznie zbudowany (chyba schody były na końcu dobudowane, bo łączą dwa budynki o... różnej wysokości pięter). W końcu udało mi się znaleźć pokój, w którym urzęduje prezydent. Oczywiście do sekretariatu się weszło i... zonk. Pierwsza informacja to... Prezydent nie potyka się z mieszkańcami. Jedynie poprzez kierowników odpowiednich działów. Odesłano mnie zatem do odpowiedniego (drzwi 2 metry dalej).
Bezproblemowo udało się wejść i zaprezentować to, co było do zaprezentowania (ta sama prezentacja, co w zeszłym roku). Ładnie wszystko szło, nawet list do prezydenta został przekazany pani, która mnie przyjmowała, aż pojawiło się pytanie o koszt. I schody się zaczęły po raz kolejny.
Po przeróżnej argumentacji, swobodnym wyjaśnieniu niektórych przepisów udało się dojść do porozumienia. Niestety miasto nie może się finansowo angażować w projekt "Konin 3D", ale... Może współpracować ze stowarzyszeniem, które by ten projekt prowadziło. A skoro udało się tak daleko rozmowy poprowadzić, to jest szansa. właściwie to najpierw do prezydenta to, co przekazałem, musi dotrzeć.
Na tym kończą tę część przejdę do autobusów. Wyszedłem z urzędu, skierowałem się na przystanek i... miałem autobus na dworzec. A tam się okazało, że na starym Koninie mogłem przejść przez rondo i wsiąść w autobus, który by mnie bezpośrednio na moje osiedle zawiózł. A tak najpierw dworzec PKP, a potem tenże wspomniany autobus. Ale nie widzę w tym nic złego. W końcu nie wszystkie rozkłady człowiek musi na pamięć znać.
W domu miałem zaledwie godzinę, aby ogarnąć internetowe sprawy (nie wyrobiłem się), ponieważ do dziadka na urodziny trzeba było jechać. Ostatnio coś dziadek i babcia się po lokalach rozbijają i zapraszają (babcia w naleśnikarni urodzinki wyprawiła). Cóż, w ich wieku mogą sobie na to pozwolić. W końcu dziadek dzisiaj kończył 92 lata, a to dużo.
No i tyle z ogólnych wieści.
P.S.: Ta druga pani w urzędzie miejskim naprostowała mi nieco informację z sekretariatu. Tylko dzisiaj prezydent nie przyjmował osobiście, bo zwykle to robi.
Oczywiście stałem, toaletowe czynności wykonałem, nawet śniadanko zjadłem sobie spokojnie. Nawet się udało laptopa wziąć, chociaż, jak się potem okazało, był zbędny.
Połączenia autobusowe potem omówię, a teraz przejdę do sedna. Otóż do urzędu miejskiego się dostałem, nieco po piętrach polatałem, bo budynek cholernie dziwacznie zbudowany (chyba schody były na końcu dobudowane, bo łączą dwa budynki o... różnej wysokości pięter). W końcu udało mi się znaleźć pokój, w którym urzęduje prezydent. Oczywiście do sekretariatu się weszło i... zonk. Pierwsza informacja to... Prezydent nie potyka się z mieszkańcami. Jedynie poprzez kierowników odpowiednich działów. Odesłano mnie zatem do odpowiedniego (drzwi 2 metry dalej).
Bezproblemowo udało się wejść i zaprezentować to, co było do zaprezentowania (ta sama prezentacja, co w zeszłym roku). Ładnie wszystko szło, nawet list do prezydenta został przekazany pani, która mnie przyjmowała, aż pojawiło się pytanie o koszt. I schody się zaczęły po raz kolejny.
Po przeróżnej argumentacji, swobodnym wyjaśnieniu niektórych przepisów udało się dojść do porozumienia. Niestety miasto nie może się finansowo angażować w projekt "Konin 3D", ale... Może współpracować ze stowarzyszeniem, które by ten projekt prowadziło. A skoro udało się tak daleko rozmowy poprowadzić, to jest szansa. właściwie to najpierw do prezydenta to, co przekazałem, musi dotrzeć.
Na tym kończą tę część przejdę do autobusów. Wyszedłem z urzędu, skierowałem się na przystanek i... miałem autobus na dworzec. A tam się okazało, że na starym Koninie mogłem przejść przez rondo i wsiąść w autobus, który by mnie bezpośrednio na moje osiedle zawiózł. A tak najpierw dworzec PKP, a potem tenże wspomniany autobus. Ale nie widzę w tym nic złego. W końcu nie wszystkie rozkłady człowiek musi na pamięć znać.
W domu miałem zaledwie godzinę, aby ogarnąć internetowe sprawy (nie wyrobiłem się), ponieważ do dziadka na urodziny trzeba było jechać. Ostatnio coś dziadek i babcia się po lokalach rozbijają i zapraszają (babcia w naleśnikarni urodzinki wyprawiła). Cóż, w ich wieku mogą sobie na to pozwolić. W końcu dziadek dzisiaj kończył 92 lata, a to dużo.
No i tyle z ogólnych wieści.
P.S.: Ta druga pani w urzędzie miejskim naprostowała mi nieco informację z sekretariatu. Tylko dzisiaj prezydent nie przyjmował osobiście, bo zwykle to robi.
niedziela, 4 grudnia 2011
Inżynier
Tak. W końcu etap studiowania zakończył się uzyskaniem wyższego wykształcenia oraz tytułu inżyniera. Mogę spokojnie przed nazwiskiem dopisywać sobie te dodatkowe 5 znaków (3 litery, jedna kropka i spacja). Ale dyplom i tak dopiero w styczniu będę mógł odebrać. Ale ważne, że to już za mną.
Ogólnie jest dobrze i się zastanawiam jedynie, czy to dopiero nie zaczyna do mnie dochodzić, że coś się zmieniło. Oby ta zmiana była pozytywna.
Ogólnie jest dobrze i się zastanawiam jedynie, czy to dopiero nie zaczyna do mnie dochodzić, że coś się zmieniło. Oby ta zmiana była pozytywna.
piątek, 2 grudnia 2011
Uczelniano i pracowicie
Czas mija, od ostatniego postu te sporo minęło, więc trzeba coś na rozluźnienie napisać, aby czas jakoś urozmaicić. Ale od początku...
Jakiś czas temu otrzymałem wezwanie do urzędu pracy. Zaproponowano mi udział w kursie grafiki komputerowej multimediów. Argumentów przeciw nie było. Były tylko za, ale ich nie wymienię. Zatem się zgodziłem, odpowiednie dokumenty złożyłem, a dzisiaj byłem podpisać umowę. Fajnie.
Pierwszy etap zacznie się już w następny tydzień. Jedno, co mnie martwi, to fakt, że znowu idąc do PUP się spocę i mnie przewieje, a już teraz czuję się niezbyt dobrze. Zatem możliwe przeziębienie. OK, to nie wszystko z nowości tego tygodnia.
Wczoraj zadzwonił telefon. Dziekanat poinformował mnie, że w sobotę (jutro) mam obronę. No kurwa wcześnie dają znać. Dwa dni przed faktem. A gdybym miał zaplanowany jakiś wyjazd, lub by mnie w mieście nie było akurat? Co cóż - mistrzynie intelektu przynajmniej o obronie powiadomiły. Niewielki plus, a wręcz niewidoczny. Zatem się trzeba przygotowywać.
Z trzy dni temu przyszedł mi do głowy pomysł związany z zapowiadanymi na 20 grudnia opadami śniegu. Niestety, nie mogę szczegółów zdradzić. Ale mogę za to o dzisiejszym odkryciu napisać. Otóż pomyślałem sobie, że warto prosić władze miasta o patronat nad tym wydarzeniem. Niestety - może to być niemożliwe. Gdybym pomyślał o tym miesiąc temu, to jeszcze by dało radę. Bo akcję obmyśliłem na grudzień, a wniosek należy złożyć min. 30 dni przed rozpoczęciem. No to patronat nie jest brany pod uwagę. Ale o tym może w poniedziałek uda mi się porozmawiać.
A skoro już poruszam kolejną kwestię, to może się wybiorę do urzędu miejskiego, ale tym razem do prezydenta Konina. Może bez pomocy laptopa (wydrukowaną mam prezentację na szczęście) uda mi się go zainteresować. A widzę, że jest to dość konkretna osoba i jak na razie minusów nie widzę. Prezydencja na razie nie ma na koncie wielu wpadek... Oczywiście wiceprezydent zaliczył ich sporo w krótkim czasie, ale mieszkańcy miasta w znakomitej większości i tak nie biorą go na poważnie.
Ale się rozpisałem. A skoro już pisanie i ogólnie, to muszę z 51 zagadnień jeszcze 28 rozkminić. Problem w tym, że nawet wujek Google nie potrafi celnie pomóc. A z tych 51 zagadnień rozumiem tylko 11 (zagadnienia programistyczne). Reszta to sieci komputerowe i typowo techniczne przedmioty (jakieś technologie i inne materiały).
Zatem lecę do zagadnień mimo bolącej od wczoraj głowy, zwiększonego kataru i nieprzyjemnego uczucia ciepła i chłodu (oznaki przeziębienia zapewne to są). Nawet herbata mi nie smakuje, a to zły znak.
A juro się doprawię, bo MUSZĘ założyć garnitur. Rodzice się uparli. I nawet indywidualność mi zabierają, ech. A w garniturze mnie przewieje. A potem 3 dni kolejnych podróży i... A ja nie wiem już, jak się ubrać. Wyjdę z domu, to się robi chłodno, a jak idę, to momentalnie się rozgrzewam marszem i jestem po prostu spocony. A to może doprowadzić do przeziębień i... wysokiej temperatury, kataru, kaszlu i takich tam standardowych nieprzyjemności.
Jakiś czas temu otrzymałem wezwanie do urzędu pracy. Zaproponowano mi udział w kursie grafiki komputerowej multimediów. Argumentów przeciw nie było. Były tylko za, ale ich nie wymienię. Zatem się zgodziłem, odpowiednie dokumenty złożyłem, a dzisiaj byłem podpisać umowę. Fajnie.
Pierwszy etap zacznie się już w następny tydzień. Jedno, co mnie martwi, to fakt, że znowu idąc do PUP się spocę i mnie przewieje, a już teraz czuję się niezbyt dobrze. Zatem możliwe przeziębienie. OK, to nie wszystko z nowości tego tygodnia.
Wczoraj zadzwonił telefon. Dziekanat poinformował mnie, że w sobotę (jutro) mam obronę. No kurwa wcześnie dają znać. Dwa dni przed faktem. A gdybym miał zaplanowany jakiś wyjazd, lub by mnie w mieście nie było akurat? Co cóż - mistrzynie intelektu przynajmniej o obronie powiadomiły. Niewielki plus, a wręcz niewidoczny. Zatem się trzeba przygotowywać.
Z trzy dni temu przyszedł mi do głowy pomysł związany z zapowiadanymi na 20 grudnia opadami śniegu. Niestety, nie mogę szczegółów zdradzić. Ale mogę za to o dzisiejszym odkryciu napisać. Otóż pomyślałem sobie, że warto prosić władze miasta o patronat nad tym wydarzeniem. Niestety - może to być niemożliwe. Gdybym pomyślał o tym miesiąc temu, to jeszcze by dało radę. Bo akcję obmyśliłem na grudzień, a wniosek należy złożyć min. 30 dni przed rozpoczęciem. No to patronat nie jest brany pod uwagę. Ale o tym może w poniedziałek uda mi się porozmawiać.
A skoro już poruszam kolejną kwestię, to może się wybiorę do urzędu miejskiego, ale tym razem do prezydenta Konina. Może bez pomocy laptopa (wydrukowaną mam prezentację na szczęście) uda mi się go zainteresować. A widzę, że jest to dość konkretna osoba i jak na razie minusów nie widzę. Prezydencja na razie nie ma na koncie wielu wpadek... Oczywiście wiceprezydent zaliczył ich sporo w krótkim czasie, ale mieszkańcy miasta w znakomitej większości i tak nie biorą go na poważnie.
Ale się rozpisałem. A skoro już pisanie i ogólnie, to muszę z 51 zagadnień jeszcze 28 rozkminić. Problem w tym, że nawet wujek Google nie potrafi celnie pomóc. A z tych 51 zagadnień rozumiem tylko 11 (zagadnienia programistyczne). Reszta to sieci komputerowe i typowo techniczne przedmioty (jakieś technologie i inne materiały).
Zatem lecę do zagadnień mimo bolącej od wczoraj głowy, zwiększonego kataru i nieprzyjemnego uczucia ciepła i chłodu (oznaki przeziębienia zapewne to są). Nawet herbata mi nie smakuje, a to zły znak.
A juro się doprawię, bo MUSZĘ założyć garnitur. Rodzice się uparli. I nawet indywidualność mi zabierają, ech. A w garniturze mnie przewieje. A potem 3 dni kolejnych podróży i... A ja nie wiem już, jak się ubrać. Wyjdę z domu, to się robi chłodno, a jak idę, to momentalnie się rozgrzewam marszem i jestem po prostu spocony. A to może doprowadzić do przeziębień i... wysokiej temperatury, kataru, kaszlu i takich tam standardowych nieprzyjemności.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
